Wydarzyło się to w 1986 roku i przypominało film przygodowy.
W Osace wylądowałyśmy wieczorem w dniu, w którym rozpoczęło się właśnie japońskie święto zmarłych O-bon (13–16 sierpnia). Większość Japończyków ma wtedy wolne , wraca do swoich rodzinnych miejscowości lub traktuje ten czas jak urlop. Dla mnie to był już drugi przyjazd do Japonii. Trzy moje koleżanki były debiutantkami. Po odprawie znalazłyśmy się w hali przylotów. Rozglądałam się szukając znajomej osoby, która miała nas odebrać i pomóc w dotarciu do celu naszej podróży. Mijały kolejne minuty, nikt się nie pojawiał , w głowach rósł niepokój co robić. Nie brałyśmy pod uwagę sytuacji która nas zaskoczyła. Nie miałyśmy też wystarczająco dużo pieniędzy. Pierwsza myśl – telefon do biura. Nikt nie odbiera. Nie było jeszcze telefonów komórkowych. Postanowiłam pójść do hotelu lotniskowego i zapytać o ewentualny nocleg. Pani niezwykle uprzejmie powiedziała – „nasz hotel jest drogi”. Zrozumiałam aluzję, podziękowałam i wyszłam.
Siedziałyśmy otoczone bagażami wśród których wyróżniała się wiolonczela w sztywnym futerale, zastanawiając się co robić. Ania dostrzegła reklamę amerykańskich linii lotniczych i stwierdziła, że tam na pewno się dogada. Za ladą siedział młody mężczyzna, któremu przedstawiła naszą sytuację. Odpowiedział, że może zaproponować nocleg u siebie w mieszkaniu – „mam trzy pokoje i zmieścimy się. Bagaże zostawicie na lotnisku a jutro przyniesie zapewne nowe rozwiązanie”. Długo się nie zastanawiałyśmy i przyjęłyśmy zaproszenie. Zbliżała się godzina 22:00, lotnisko miało przerwę techniczną i wszyscy musieli opuścić halę. Wybawca, nazwijmy go X, bo nie pamiętam jak się nazywał powiedział : ” za chwilę kończę dyżur i do was podejdę”. Wkrótce stanął przed nami człowiek pozbawiony uniformu a ubrany w luźny strój i kurtkę z frędzlami. Przyjrzał się nam i z życzliwym uśmiechem powiedział – ” Ja też kiedyś byłem hippisem”. To był jasny komunikat, że mocno odstajemy wyglądem od standardów japońskich. Artystki z późnego PRL – wzięte za hippiski. Kobiety po muzycznych studiach, dbające o wygląd i schludne stroje, porównane do hippisek. Cóż, różnice cywilizacyjne. Czekałyśmy na zewnątrz. Pan X miał za chwilę podjechać samochodem. Środek transportu był wielkości „Malucha” Fiata 126. Gabaryty auta nie pozwalały, żeby zmieścić 5 osób. Podróż trzeba było rozłożyć na dwie tury. Wylądowałyśmy w mieszkaniu pana X. Zaczęliśmy rozmawiać i poznawać swoje historie. Nasz wybawca miał żonę Finkę, co by tłumaczyło jego swobodną komunikację z młodymi cudzoziemkami i dwóch synków. Pokazał nam ich zdjęcie. Jeden miał prawie białe włosy, drugi kruczoczarne. Ciekawy miks genów. Małżeństwo nie przetrwało i pan X wrócił do Japonii. Zosia wzięła do rąk gitarę właściciela, zaczęła grać i śpiewać. Rozpoczął się prywatny koncert wywołując u pana X euforię. W środku nocy zaczął dzwonić do przyjaciół chcąc pochwalić się tym co mu się przytrafiło. Ja też dzwoniłam do japońskich znajomych szukając rozwiązania naszego problemu. Nie udawało mi się. To było święto i czas wypoczynku. Tyko jeden numer odpowiedział. To był „Bąbel” – taki nick otrzymał podczas poprzedniego kontraktu. Przedstawiłam mu naszą sytuację. Poprosił by zadzwonić za godzinę. Tak też uczyniłam. „Jutro spotykamy się o 15 tej w hotelu Hilton” – usłyszałam w słuchawce. Hurra !!! jesteśmy uratowane. Zasnęłyśmy nad ranem i po krótkiej drzemce wróciłyśmy do rzeczywistości. Pan X zawiózł nas na lotnisko a sam rozpoczął pracę. Czekałyśmy niecierpliwie na umówione spotkanie. Wsiadłyśmy do lotniskowego autobusu i z uwagą wypatrywałyśmy neonu Hilton. Wreszcie pojawił się. Zbliżało się rozwiązanie naszych problemów. Wysiadłyśmy z autobusu i udając się w stronę hotelu szukałyśmy wejścia, lecz wejścia nie było. Wreszcie trafiłyśmy na miejsce przypominające raczej przejście pracownicze na budowę i próbowałyśmy dostać się do środka. Ochroniarz zagrodził nam drogę i słuchając, raczej bez zrozumienia, co do niego mówimy wydobył z czeluści szkolnej pamięci zdanie „are you english teachers ?”
Widząc nasz przeczący ruch głowami zawołał osobę bardziej biegłą w angielskim. Tłumaczymy, że „umówione spotkanie, w Hiltonie, godz.15, nazwisko” – ” zaraz sprawdzę” – osoba przejrzała zapewne listę zatrudnionych robotników. Odpowiedź była negatywna. Zrezygnowane usiadłyśmy na murku przed „hotelem bez wejścia„ nie wiedząc, że jego otwarcie zaplanowane jest dopiero za miesiąc. Hotel Hilton Osaka rozpoczął działalność 10 września 1986 roku.
Bąbel świadomie podał nazwę Hilton wierząc że taką zapamiętamy.
W pewnym momencie podszedł do nas mężczyzna i zapytał – „Ewa san?„ pani Ewa? „Tak„, pokiwałam głową. Mężczyzna wręczył mi kopertę z pieniędzmi (100 tys. jenów) z kwotą pokrywającą cenę 4 biletów lotniczych. Odwrócił się i próbował odejść. Zatrzymałam go i poprosiłam, by napisał jak się nazywa, adres ,numer telefonu, gdzie i komu wysłać pieniądze. Mężczyzna zapisał informacje i odszedł. Wracałyśmy na lotnisko i kiedy autobus dojeżdżał do celu , na przystanku zobaczyłam Bąbla. Co za radość, jesteśmy bezpieczne. Wkrótce lecimy na wyspę Kyushu . Lotnisko na którym lądujemy jest oddalone o dwie godziny od celu naszej podróży. Czeka na nas pracownik Bąbla, pakuje bagaże do busa i ruszamy. Jest już ciemno. W Japonii godzina 18 to czas kiedy dzień gwałtownie zmienia się w noc. Po drodze odwiedzamy świąteczny festyn z fantastycznym pokazem fajerwerków. Niezwykłe widowisko. Docieramy do miasta przeznaczenia. Bąbel zaprasza nas do restauracji na kolację. Nowe doświadczenia smakowe i wątpliwości, czy to się da zjeść.
Jest już późno. Podjeżdżamy pod nasz dom. Wyjmuję klucz do mieszkania który zachowałam na pamiątkę z poprzedniego kontraktu . Mam nadzieję, że będzie pasował. Pasuje, mamy gdzie spać, choć dom jeszcze nie jest przygotowany. Rano pojawia się Nodziri – prawa ręka naszego pracodawcy, pytając jak minęła podróż. Przedstawiłyśmy co wydarzyło się w ciągu ostatnich 24 godzin. „A gdzie Shyachyo ?„ spytał. Nie wiemy. Pracodawca pojawił się dopiero następnego dnia. Pomylił daty i gdyby nie ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń historia miałaby złe zakończenie. Gdyby nie zaproszenie pana X, znalazłybyśmy się w rękach policji, a Shyachyo w tarapatach. Jeszcze większe zaskoczenie wywołał mężczyzna wręczający pieniądze na ulicy. Bąbel , który nie był pewien czy zdąży dolecieć na czas, wysłał swojego znajomego . Podziękowaniom i wdzięczności nie było końca. Były też zaproszenia do odwiedzenia naszego miasta i wysłuchania naszego występu. Pan X pojawił się w styczniu.
Ta historia wydarzyła się 40 lat temu i zamknęła się w 24 godzinach, splot zdarzeń trudnych do wyobrażenia, pomoc osób o wielkich sercach i portfelach a wszystko bez użycia smartfona, GPS i internetu ! Uwierzycie ?
a klucz do japońskiego mieszkania z którego korzystałam pięciokrotnie z kolejnymi zespołami, mam do dziś.

