Pewien artysta wybierający się do Japonii zapytany o to jakich pamiątek będzie tam poszukiwał czy lalek kokeshi czy może kimona wymienił „zegarek Kamikaze”. Zadziwiło mnie to i postanowiłam dowiedzieć się więcej na ten temat.
Seikosha Big Pilot, znany również jako „zegarek kamikaze”, to czasomierz, który był nieodłącznym elementem wyposażenia japońskich pilotów biorących udział w samobójczych misjach . To artefakt o głębokim znaczeniu historycznym, związany z okresem II wojny światowej , jeden z przedmiotów osobistych młodych mężczyzn, będący niemym świadkiem ich ostatnich chwil.
Misje kamikaze, choć kontrowersyjne, były postrzegane jako akt najwyższego oddania dla ojczyzny.
Dziś zegarki Kamikaze są poszukiwane przez kolekcjonerów i historyków, stanowiąc cenny element wystaw muzealnych poświęconych II wojnie światowej. Historie kryjące się za każdym z tych niewielkich, lecz znaczących przedmiotów, przypominają o tragicznych decyzjach podejmowanych w czasach wojny przez młodych ludzi.
Kamikadze, znane również jako „boski wiatr”, to termin używany do opisania japońskich pilotów-samobójców, którzy podczas II wojny światowej wykonywali ataki na alianckie okręty wojenne. Zjawisko to stało się szczególnie powszechne w ostatnich latach wojny, kiedy Japonia zmagała się z rosnącą przewagą sił alianckich.
Pierwsze zorganizowane ataki kamikadze miały miejsce w październiku 1944 roku podczas bitwy o Leyte w Filipinach. Japońskie dowództwo, widząc trudności w konwencjonalnym pokonaniu floty amerykańskiej, zdecydowało się na desperacki krok, polegający na wysyłaniu młodych pilotów na misje bez powrotu. Samoloty były często wyposażone w dodatkowe ładunki wybuchowe, a ich celem było uderzenie w kluczowe części okrętów, takie jak mostki dowodzenia czy magazyny amunicji.
Ataki kamikadze były postrzegane jako akt najwyższego poświęcenia i odwagi w obronie ojczyzny, co było zgodne z japońskim kodeksem honorowym bushido. Wielu młodych mężczyzn zgłaszało się na ochotnika do tych misji, choć niektórzy byli do nich przymuszani.
Pomimo swojej desperacji, ataki kamikadze miały ograniczoną skuteczność militarną. Choć udało im się zatopić kilka okrętów i uszkodzić wiele innych, nie były w stanie odwrócić losów wojny na Pacyfiku. Niemniej jednak, stanowiły one znaczące psychologiczne wyzwanie dla alianckich marynarzy, którzy musieli stawić czoła nieprzewidywalnym i śmiertelnie niebezpiecznym atakom.
Po zakończeniu wojny, kamikadze stały się symbolem tragicznego poświęcenia i desperacji, a także przypomnieniem o kosztach wojny. Współcześnie, pamięć o tych pilotach jest pielęgnowana w Japonii, gdzie są oni często upamiętniani jako bohaterowie narodowi, choć ich działania są również przedmiotem refleksji nad konsekwencjami wojny i ekstremizmu.
Zanim piloci wyruszali w swą ostatnią drogę oficerowie japońscy gromadzili pilotów przygotowujących się do samobójczej misji w specjalnie wyznaczonej sali.
Spotkanie miało na celu oswojenie młodych żołnierzy ze śmiercią, wyciszenie, odcięcie się od świata żywych i zjednoczenie z duchem cesarza oraz tradycją samurajską. Rytuały pilotów kamikazeprzed akcją były starannie zaplanowaną ceremonią.
Picie sake: Przed startem piloci wznosili toast miseczkami sake oraz symbolicznie jedli ryż wraz z dowódcami.
Kodeks Bushidō i poezja: Oficerowie recytowali zasady samurajskiego kodeksu honorowego (Bushidō) oraz odczytywali wiersze haiku napisane przez poległych wcześniej towarzyszy.
Insygnia i opaski: Piloci otrzymywali tradycyjne miecze katana oraz wiązali na głowach białe opaski z wizerunkiem wschodzącego słońca i flagi Japonii (hachimaki).
Pożegnalne listy i pamiątki: Lotnicy pisali emocjonalne listy do rodzin i obcinali pukle włosów lub paznokcie, które miały zostać pochowane w ich rodzinnych stronach jako relikwie.
Okrzyk bojowy: Podczas ostatecznego lotu i pikowania na cel, załogi najczęściej wykrzykiwały „Tennōheika banzai” (Niech żyje Cesarz przez 10 tysięcy lat) lub okrzyk „Hissatsu”, oznaczający „pewną śmierć/zatopienie” .
Ryuji Nagatsuka- kamikaze , w swoich osobistych wspomnieniach, w taki sposób opisuje ten niezwykły rytuał: było dziwnie cicho. Osiemnastu pilotów-samobójców ustawiono w szeregu przed dwoma rozchwianymi stołami nakrytymi białą tkaniną, a na nich dwadzieścia małych czarek i butelka sake. Porucznik pilot Uehera nalewa każdemu trochę sake.„A teraz” – mówi nasz dowódca dźwięcznym głosem – „?„chciałbym tylko powiedzieć, że nie proszę Was o nic więcej, tylko żebyście odważnie ginęli za Ojczyznę. Życzę Wam sukcesu Waszej misji. Zasalutujmy w kierunku Pałacu Cesarza”.
W październiku 1944 roku powstała pierwsza jednostka Shinpū Tokubetsu Kōgekitai, znana bardziej jako Specjalny Korpus Uderzeniowy „Boski Wiatr”, tzw. kamikaze. Inicjatorem i organizatorem tej jednostki był wiceadmirał Takijirō Ōnishi. Sama koncepcja kamikaze zakładała desperacką próbę wsparcia japońskiej floty w starciu z amerykańską flotą, która właśnie przypuściła atak na Filipiny. Jej żołnierze-piloci poświęcali swoje życie w ataku na nieprzyjaciela, pilotując specjalnie przystosowane do tego celu samoloty.
Celem było zadanie jak największych strat nieprzyjacielowi. Admirał Ōnishi tworząc jednostkę nadał jej motto: jedno życie za jeden pancernik. Spodziewano się bowiem, że kosztem jednego samolotu uda się zatopić jeden okręt wojenny aliantów, a tym samym uśmiercić parę setek ludzi.
Pierwszy atak kamikaze miał miejsce 25 października 1944 roku w czasie bitwy w zatoce Leyte, kiedy to grupa dziewięciu samolotów Zero zaatakowała amerykańskie lotniskowce eskortowe z grupy „Taffy 3”. W czasie ataku lotniskowiec USS St. Lo został trafiony przez myśliwiec uzbrojony w bombę i zatonął, natomiast trzy inne okręty otrzymały trafienia i zostały tylko uszkodzone. Wśród nich najpoważniej ucierpiał USS Sante. Piloci-kamikaze osiągnęli niemały sukces dzięki temu, że artylerzystom na okrętach niezwykle trudno było trafić pojedynczy samolot, który pędził prosto na nich.
Po pierwszym sukcesie utworzono cztery jednostki kamikaze: Shikishima, Yamato, Asahi i Yamazakura, które podlegały dowództwu Cesarskiej Marynarki Wojennej. Piloci-samobójcy brali udział w walkach aż do samego końca wojny. Największą ich liczbę odnotowano w trakcie bitwy o Okinawę w kwietniu 1945 roku, kiedy wysłano do akcji około 1809 maszyn bojowych, z czego powróciło 879. Co oznacza, że blisko tysiąc kamikaze uderzyło w cel, chociaż pewnie część z nich została zestrzelona w czasie lotu. Łącznie wykonano 2314 lotów bojowych na klasycznych samolotach, z tej liczby 1086 zakończyło się powrotem. Straty zadane Amerykanom przez lotnicze formacje samobójcze w latach 1944-1945 to 56 zniszczonych i 273 uszkodzonych jednostek nawodnych.
Byłem kamikaze
W szeregach kamikaze znaleźli się nie tylko żołnierze o krótkowzrocznych intencjach, ale również wielu studentów, intelektualistów i idealistów. Wielu z nich zgłaszało się do tej formacji z powodów patriotycznych albo z pragnienia uchronienia swoich rodzin przed okrucieństwami inwazji i okupacji.
Jednym z takich przypadków był Ryuji Nagatsuka, student o pierwotnych przekonaniach pacyfistycznych. Przed wybuchem wojny oddawał się zamiłowaniu do literatury francuskiej, a zwłaszcza twórczości Guy de Maupassanta. Planował nawet zostanie nauczycielem języka francuskiego w przyszłości. Niestety, wojna pokrzyżowała te plany. Powołany do wojska, musiał pożegnać się z marzeniami o karierze akademickiej. Po ukończeniu podstawowego kursu pilotażu w szkole lotniczej, w wieku 20 lat, Nagatsuka został przydzielony do jednostki kamikaze i był gotowy polec za ojczyznę. Co dziwne, mimo gotowości do poświęcenia życia dla kraju, przetrwał wojnę, co stanowiło niezwykłe zakończenie jego militarnej służby, które po latach spisał w pamiętniku.
Nie myślę o Cesarzu, nawet przez sekundę. Moje myśli krążą gdzie indziej.
Patrzę na polne kwiaty przy moich stopach i mówię do siebie: „one mają prawo żyć dalej, a ja będę martwy za dwie lub trzy godziny! Dlaczego? Moje życie okaże się bardziej ulotne niż życie zwyczajnego źdźbła trawy!„.
„Salutuję moim towarzyszom i odprowadzającym nas lotnikom. – pisze dalej Nagatsuka –Idę do samolotu. Już za chwilę powiezie mnie na śmierć, nieuchronną i z góry przewidzianą. Zaczynam biec. Po jakie licho? Czy spieszy mi się na śmierć?
Czuję się lżejszy niż zwykle, i rzeczywiście. Przecież tym razem nie niosę spadochronu. Rozsiadam się w kabinie, potem znowu wyłażę z niej i dotykam ziemi. Nigdy więcej nie będę mógł postawić na ziemi moich stóp. Każdy mój gest jest ostatni. Moje siedzenie pokrywają jaśniejące pięknem kwiaty. Może to dzieci szkolne położyły je tam ze łzami w oczach, na pożegnanie. Będę umierał wśród kwiatów mojej młodości. Mój samolot jest także moją trumną. W pełni zdecydowany poświęcić swoje życie dla kraju, zbieram się na odwagę. Kładę ręce na kieszeniach letniego ubrania. Wyczuwam wewnątrz zdjęcie rodziny i książkę George Sand. Żegnaj, żegnaj rodzino! Żegnaj George Sand!”
Grupa samolotów pod dowództwem por. Takagui, w skład której wchodził Ryuji Nagatsuka, wystartowała o szóstej rano pośród pieśni patriotycznych śpiewanych przez obsługę lotniczą. . Następnie formacja obrała kurs na północny wschód, bez tradycyjnego machania skrzydłami na pożegnanie. Takie gesty były zabronione ze względu na ciężar samolotu, obciążonego 500 kg bombą zawieszoną pod kadłubem. Ich celem było dotarcie do Grupy Operacyjnej 38.
Nagatsuka kontynuuje swoje wspomnienia, opisując lot: „wbrew staraniom cierpię okrutnie, jakby ktoś wbił mi chytrze sztylet po żebra. To nie strach przed śmiercią ani chęć ucieczki, lecz świadomość, że w tej ostatniej chwili nie będzie przy mnie nikogo bliskiego. Z szacunku do siebie samego muszę zachować rozsądek i spokój. Amerykanie atakują nas jak fale nieustannie uderzające o nasze brzegi, a ja pełnię tylko rolę podpory w falochronie, który je odrzuci”.
Ryuji Nagatsuka przygotowywał się do tej misji z głębokim przekonaniem. Wierzył, że w decydującym okresie wojny tylko kamikaze, poprzez szaleńcze ataki, zdołają odwrócić nadchodzący dzień inwazji wojsk amerykańskich. Jak inni piloci-samobójcy, był gotów złożyć życie. Jednak łaskawy dla niego los, tym razem w postaci złych warunków pogodowych, wskazał mu drogę odwrotu i dalsze życie wśród żywych: „nagle porucznik Takagui wskazuje ręką do tyłu. Oglądam się, ale widzę tylko gęste chmury. Bez radia nie rozumiem sygnału naszego prowadzącego.
Takagui kładzie się w skręt w lewo. Cóż to, czy on będzie wracać? „O nie! Nie możesz wracać!?” – wykrzykuję z oburzeniem w pustkę.
Wiem zła widoczność i wróg może być jeszcze o 200 km od nas, ale czy mamy tchórzyć? Inny głos wewnętrzny mówi: „On ma rację. Nasza misja jest w tych warunkach niewykonalna. Lepiej wrócić i zaczekać na lepszą szansę”.
Jednakże powrót na lotnisko nie zakończył etapu moralnych rozterek, gdyż nastąpiły szykany i obrażanie. Kamikaze, zgodnie z przekonaniem wielu, odlatując na samobójczą misję nie mieli prawa powrotu. Powinni zginąć, i tyle. Dla dowódców, przynajmniej niektórych, mniej się liczyło, że mogła to być śmierć bezsensowna, nie powodująca jakichkolwiek strat nieprzyjaciela, niż złamanie niepisanego kodeksu. Dlatego też Nagatsuka do końca wojny, uważany był za element niepewny i niezasługujący na miano kamikaze, więc nie dostał drugiej szansy na śmierć w imię Cesarza.
(na podstawie – II wojna światowa, Japonia)
Mamy XXI wiek zmieniły się technologie wojskowe, nie zmieniła się jednak natura ludzka. Wybuchają wciąż nowe wojny. Pilotów samobójców zastąpiły równie śmiercionośne drony, a wygodnie siedzący przed komputerem człowiek, za pomocą joystika, decyduje o życiu bezbronnych ludzi setki kilometrów od niego.

